Wolności ubywaj

Moje dzieci są ruchliwe.

 
Rzadko zatrzymują się w miejscu.
 
Wstają i za chwilę siadają, by po sekundzie biegać ile sił w nogach i zderzać się ze sobą przy okazji.
 
Uwielbiają się wspinać i chować w ciasnych miejscach.
 
Są niezwykle twórcze w tworzeniu instalacji, z których można zjeżdżać lub skakać.
 
To jest w wielu chwilach bardzo ok dla mnie, najczęściej wtedy gdy jesteśmy na zamkniętym terenie typu działka.
 
Gdy jednak wychodzimy do otwartej przestrzeni, ich dynamizm staje się dla mnie bardzo męczący i budzący niepokój.
 
Czasem się zastanawiam, czy mają tak jak mają, dlatego, że od początku mieli dużo swobody?
 
Nigdy nie byłam mamą, która prosi by dziecko szło tuż obok czy by trzymało się za rękę w parku, ewentualnie wyrażałam prośbę byśmy przechodzili trzymając się za ręce przez ulicę.
 
Ostatnio miałam kilka trudnych sytuacji, w których zaobserwowałam, że ich potrzeba wolności, autonomii i ruchu ściera się z moją potrzebą bezpieczeństwa i wpływu.
 
Czteroletni syn odjechał mi spod bloku na rowerze, gdy ja odwróciłam się by zamknąć drzwi od klatki. Byłam przerażona widząc jak dojeżdża do końca ulicy na dwukołowcu, na którym nauczył się jeździć tydzień wcześniej. Dogoniłam go i wściekła ściągnęłam go z roweru. Tym razem udało się uniknąć wypadku, którego scenariusz miałam już w głowie, gdy pędziłam za nim.
 
Starszy sześciolatek wyszedł dzień wcześniej ze sklepu osiedlowego. Szukałam go w panice między regałami i gdyby nie sprzedawczyni, która powiedziała, że widziała jak wychodzi, wtargnęłabym na zaplecze by przeszukać każde pudło.  Syn siedział pod murkiem przy sklepie, a na moje rozpaczliwe: dlaczego wyszedłeś bez słowa ze sklepu? Odpowiedział, że mu się nudziło w środku i chciał sobie pooddychać tutaj. 
 
Usiadłam wczoraj na sofie i poczułam ból wewnętrzny i gniew, że zrobiłam sobie samej krzywdę dając im tyle wolności.
 
Próbowałam wracać do wielu sytuacji, w którym mogłam powiedzieć NIE! Stop!
 
Dotarło do mnie, że stwarzałam im wiele okazji do zbierania  doświadczeń, przekonywania się o tym, czym są konsekwencje naturalne( bez udziału dorosłych) wierząc, że w toku rozwoju nauczą się dbać o swoje bezpieczeństwo i zaczną czuć odpowiedzialność za swoje zdrowie.
 
Nie byłam jednocześnie obojętna gdy widziałam, że się narażają.
Pytałam czy widzą co się dzieje, czy wiedzą co się może stać po tym jak odjadą gdzieś bez opieki, lub odejdą ode mnie w centrum handlowym.
 
Gadaliśmy o tym tyyyyyyyyllllllllllllle razy!
 
W przypadku moich synów okazuje się, że to co robiłam do tej pory nie jest wystarczające.
 
Po raz kolejny przekonuję się o tym, że nawet mając dobre założenia i najlepsze intencje, należy regularnie sprawdzać co działa i sprzyja rodzinie.
 
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo dzieci, zakomunikowaliśmy z mężem naszym dzieciom, że zmienia się nasza postawa wobec nich i w sposób stanowczy przekazaliśmy im na co nie ma naszej zgody oraz stworzyliśmy z nimi umowy, które dotyczą przestrzegania zasad bezpieczeństwa w domu i poza nim.
Jedna strategia ustąpiła miejsca innej, takiej która uwzględnia moją potrzebę wpływu, kontroli  i bezpieczeństwa.
 
Czy na tym poprzestaniemy?
Nie wiem!
 
Będziemy się przyglądali temu co się dzieje i decydowali dalej, bo na tym dla mnie polega wyciąganie nauki z popełnianych błędów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *