Nie wiem czy jest takie słowo jak “monozadaniowość” , ale szukałam takiego, które będzie opozycją do “multizadaniowość”, która przyprawia mnie o ból brzucha.
Chodzi generalnie o to, że ja próbując pogodzić wiele rzeczy na raz, czuję się przytłoczona, poirytowana i przestraszona jednocześnie.
Postanowiłam niedawno, że zacznę bardziej świadomie wybierać to, w co się angażuję, by zbliżać się do psychicznego dobrostanu, zamiast od niego odpływać.
Wracając do domu po weekendzie w Krakowie, wiedziałam, że wracam, do chorych dzieci i męża, który rano wychodzi na dyżur i ponownie spotkamy się we wtorek wieczorem.
W planach do zrealizowania na ten tydzień WIELE RZECZY.
Miałam oczywiście w głowie kilka planów awaryjnych, ale gdy obudziłam się rano w poniedziałek uznałam, że to jest dobry moment by odpuścić multizadaniowość i skupić się na jednym działaniu na raz.
Wcześniej w podobnych sytuacjach próbowałam gotować z dziećmi i odpowiadać na maile jednocześnie, wkładać pranie i rozmawiać przez telefon, tworzyć ofertę warsztatu i odpowiadać na milion pytań małych ludzi, pisać tekst i pilnować dzieci w kąpieli.
Mniej więcej w połowie takiego dnia czułam się wyczerpana i miałam poczucie porażki, bo niczego nie udawało mi się zrobić w pełni.
Tym razem odpuściłam sobie te połączenia, dałam sobie zgodę na rozłączenie się z moim perfekcjonizmem i połączenie się z wystarczalnością.
Wstałam powoli z dziećmi.
Zjedliśmy śniadanie i pogadaliśmy o tym, co będziemy robili w ciągu dnia.
Wyciągnęłam z szafy bloki rysunkowe, plastelinę, naklejki, kredki i wszystko co nadawało się do zrobienia mapy skarbów.

Pojawiło się pierwsze zwątpienie: Co ty robisz dziewczyno, masz miliard rzeczy do zaplanowania a Ty wieloryba doklejasz?
Uciszyłam wewnętrznego krytyka i lepiłam dalej.
Były też gry planszowe i kłótnie między chłopcami o zasady, no dobra, ja też się spierałam, bo jednak czerwony to nie to samo co zielony 🙂
Bajki też były, dwie długie, bo chłopcy bardzo chcieli, a ja jakoś poczułam, że chciałabym napisać coś czym mogłabym się podzielić i rozesłać informacje organizacyjne do uczestników najbliższego Spotkania Poduchownego.
Trudno mi było przerwać to co robiłam, ale odpuściłam, godzinę później niż planowałam.
Poszliśmy na długi spacer, bo sporadycznego kaszlu u dzieci, nie traktuję jako bariery przed wyjściem na powietrze.
Czasami odbierałam telefon, a gdy przestawałam mieć warunki do rozmowy, mówiłam o tym rozmówcy i umawiałam się na inny termin.
Jedna istotna dla mnie sprawa nie dojdzie przez spacerowe utrudnienia konwersacyjne do skutku, ale jak mówi znajoma Joanny Chmury niezależnie od tego co się wydarza : “To nawet lepiej ;)”
Biorę to hasło jako formę empatii dla siebie.
Gdy kładłam się spać, byłam mniej zmęczona niż zazwyczaj w podobnej sytuacji.
Zdecydowanie udało mi się zrobić przez ostatnie dwa dni mniej niż zakładałam przed poniedziałkiem, ale skoro chciałam robić mniej ale bardziej, to w sumie osiągnęłam to na czym mi zależało.
Dzisiaj jednak moja mama wpadnie ze wsparciem, bo jak przy każdej zmianie potrzebni są inni ludzie, którzy w chwili zwątpienia dadzą empatię.
W sumie to potrzebne jest całe stado “zaufańców”, albo wioska, ale zacznijmy od wizyty mamy :).


