Czasem przytulam z wdzięcznością książki chwilę po tym jak skończę je czytać????. To moje osobiste podziękowanie i pożegnanie????.
Wyjątkowo długo dziękowałam tej książce, za to jak mnie przyjemnie zaskakiwała, a czasem niespodziewanie szokowała.
Cóż za nieoczywista podróż to była.
Historia za historią, podążałam za opisem i zobaczyłam świat oczami sarny, widziałam go też oczami ducha poety, a także wiedźm… i zwykłych, choć wcale nie takich zwyczajnych ludzi.
„ Ja śpiewam, a góry tańczą.” napisała Irene Solà, tworząc nietuzinkową wielogłosową opowieść o pokoleniach, o miłości, życiu i śmierci po tragedii, zawierającą w sobie mity, wiejskie ballady oraz nawiązania do literatury pięknej.
Jestem zadziwiona sposobem w jaki autorka maluje rzeczywistość słowami.
Czasem jej zdania są mocne, kanciaste i aż pachnące surowym mięsem, a w innym momencie poetycko płynące, snute delikatnie i pokazujące głębię tego co realne jak również tego to nierzeczywiste.
Nie przypominam sobie bym do tej pory czytała treść opowiedzianą z tak różnych, niezwykłych perspektyw i tak przewrotną, że chwilami trzeba dłużej posiedzieć, by nie zakręciło się w głowie.
Zachwycona tym co przeczytałam, pozdrawiam prosto z Tatr, sięgając po fragment z rozdziału „ Sceneria” :
„ Tutaj, wysoko, również czas ma inną konsystencję. Odnoszę wrażenie, jakby godziny nie ważyły tyle samo. Jakby dni nie trwały tyle samo ani nie miały takiego samego koloru, ani takiego samego smaku. Tutaj czas płynie inaczej, ma inną wartość.”
Dobrego weekendu ????


