To jest tekst, który piszę na raty.
Wzruszam się przy nim bardzo.
Myślę, że temat ojcostwa w rodzinie wywołuje we mnie bardzo dużo emocji, bo mocno dotyka mojego zaufania do siebie jako matki i zaufania do mojego męża, jako ojca naszych dzieci.
Ja byłam w ciąży, ja rodziłam, ja karmiłam piersią.
Niby oczywiste i co z tego?
Gdy przyglądam się temu, co te etapy spowodowały na poziomie mojego zaufania do siebie i jak przełożyły się na moją opiekę nad dzieckiem, to z całą pewnością mogę powiedzieć, że wywołały we mnie poczucie, że JA wiem co jest dobre dla dziecka, bo to JA się nim zajmuję od samego początku.
Czy zabraniałam mężowi nosić, kąpać, przewijać i karmić butelką?
Nie!
Czy mimo tego, że widziałam jak dobrze sobie radzi, uważałam, że robię to lepiej?
Tak!
Czynności pielęgnacyjne są jednak niczym w porównaniu z zajmowaniem się emocjami dziecka!
Ten obszar to moje królestwo.
Wiadomo ?!
Ja tu rządzę, bo widzę, słyszę, czuję i reaguję w bliskości z dzieckiem.
On trochę widzi, dużo nie słyszy, sporo czuje i reaguje jak potrafi.
Ostatnio miałam kilka sytuacji z synami, po których poczułam się rozgoryczona.
Chodziło o bardzo różne rzeczy, od awantury zrobionej przez 4-latka o to, że jest jeden tost, a nie więcej, po kłótnię z 6-latkiem na temat słownictwa i braku szacunku wobec dorosłych.
Wielokrotnie, gdy miałam konflikt z dzieckiem, Michał starał się mnie wesprzeć mówiąc swoim uprzejmym i stanowczym tonem “Nie zgadzam się na to byś krzyczał na mamę. Chcę byś to powiedział inaczej. “ .
Czy ja to odbierałam jako dobrodziejstwo?
Nie!
Byłam wściekła, że się wtrąca i swoją stanowczością wywołuje płacz dziecka, kiedy ja z całym wiadrem empatii staram się zająć jego emocjami.
Długo wkurzała mnie jego asertywność w relacji z synami.
Myślałam sobie :
Stary przecież to jest twój syn, który przybiega do Ciebie jak rozochocony labrador z propozycją zabawy, jak możesz mu mówić by poczekał, bo potrzebujesz coś dokończyć.
O granicach w rodzinie napiszę innym razem, ale chciałabym teraz powiedzieć, że pamiętam jak trudno było mi dbać o własne potrzeby, gdy spędzałam cały dzień z naszymi dziećmi, a mąż, który po pracy miał w tym większą łatwość bardzo mnie irytował.
Myślę też, że przez długi czas myliłam męską stanowczość z agresją.
Bałam się, że dzieci nie zostaną wystarczająco zaopiekowane emocjonalnie przez Michała, że poczują się odrzucone i niezrozumiane, dlatego regularnie wkraczałam do akcji, gdy dochodziło do nieporozumień na linii mąż-dzieci.
To oczywiście wywoływało sprzeciw męża i zarzuty wobec mnie, że mu nie ufam i nie biorę go pod uwagę jako rodzica.
I co ja mam powiedzieć poza tym, że to była prawda.
Nadal mnie to zadziwia.
Nie miałam żadnych podstaw do tego by mu nie ufać jako człowiekowi, mężczyźnie oraz ojcu naszych dzieci, dodatkowo wiedziałam że kocha chłopców całym sercem, od początku jednak uznałam, że to ja wiem lepiej co jest dla nich dobre.
Jestem przekonana o tym, że to, że zostałam z chłopcami przez kilka pierwszych lat w domu, a Michał intensywnie pracował by nas utrzymać, miało wpływ na moją silną wiarę we własne kompetencje rodzicielskie.
Długo mogłabym pisać jak jednocześnie rósł mój poziom wymagań wobec siebie samej oraz Michała.
O tym będę trochę opowiadała na warsztacie “Good enough Mums” .
Teraz chciałam się podzielić z Wami częścią naszej historii, ponieważ po weekendzie gdy miałam okazję przyglądać się różnym ojcom i różnym sposobom na budowanie więzi z dziećmi, przyszła do mnie refleksja, że nie ma idealnego ojcostwa, tak samo jak nie ma idealnego macierzyństwa.
Dobrze jest ufać sobie nawzajem w rodzicielstwie i dawać sobie oparcie.
Ja potrzebowałam czasu by dać dojść do głosu Michałowi , teraz słyszę jak ważne rzeczy ma do powiedzenia i jak wspaniale potrafi tworzyć bezpieczną relacje z naszymi chłopcami.
Dobrze jest być otwartym na zmianę, czasem jednak potrzebujemy więcej czasu by zobaczyć co nam służy.


